Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o lodówkach, ale wstydzicie się zapytać - Koosby
Lodówka-tryb-koszerny

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o lodówkach, ale wstydzicie się zapytać

Różne już z okazji kwarantanny czytałem w sieci przemyślenia. Między innymi takie, że w tym trudnym czasie niektórzy mają lepiej. Kto ma lepiej? Ktoś inny, oczywiście. Tak więc lepiej mają single, bo ich relacje nie są wystawione na próbę podczas długiego siedzenia w domu. Lepiej mają bezdzietni, bo nikt im nie biega po home office i zabawkami nie rzuca. No i ci, co mieszkają w domach z ogródkami, bo wiadomo. Lepiej mają samozatrudniający się, lepiej mają samozadowalający się, psy mają lepiej, koty mają lepiej, i tak dalej. Na czele stawki oczywiście spisek żydowski i Bill Gates, który już zaciera swoje zaczipowane rączki nad dziełem depopulacji. 

Trudno się połapać w tym tłumie uprzywilejowanych, dlatego ja wam powiem, kto tak naprawdę ma lepiej. Lepiej w czasie kwarantanny mają ci, którzy posiadają porządną lodówkę.

I tyle. 

Ja swoją nabyłem ledwie dwa tygodnie przed kwarantanną, więc wiem, co mówię. Moje przygody w kuchni i na zakupach spożywczych dzielą się na dwie epoki: era świeżości i dobrze schłodzonego piwa oraz – wieki ciemne. Ale takie naprawdę ciemne, w starej chłodziarce przez ostatni rok nie działało światło. 

Oczywiście nie da się tak po prostu przeskoczyć z jednej epoki do drugiej. Więc zanim zaczniemy doktoryzować się z nowoczesnych stref chłodzenia, zapisywać się na wieczorowe kursy z programowania lodówki i przeglądać się codziennie w chromowanej tafli, potrzebna jest krótka epoka przejściowa. A imię jej: odwilż. 

Jak mówią psychologowie i coachowie, jest to ważny i potrzebny etap, bo pozwala nam pożegnać się z tym, czego czas (ważności) przeminął. I czemu powinniśmy po prostu dać się w spokoju rozmrozić. Drugiego życia dawać nie musimy, już pewnie zdążyło się samo pojawić. 

Rozmrażanie lodówki przynosi wiele wspomnień i refleksji. Trochę, jak przeglądanie starych zdjęć na telefonie. Albo wykopaliska archeologiczne.

O, byłem na diecie pudełkowej rok temu! (krótka epoka fit).

O, kupiłem cztery pasty curry po tym, jak kumpel zrobił zajebiste tajskie żarcie i pomyślałem: challenge accepted (okres tajski).

O, dalej mam ten niedobry eko-olej od mojej ex (czasy słusznie minione). 

O, nie wiedziałem, że bryła lodu może spleśnieć od środka… 

Gdy jako dwudziestolatek wprowadzałem się do mieszkania z kumplami, miejsce we wspólnej lodówce wycinałem sobie maczetą. Pamiętam, jak dumny wynosiłem dwie reklamówki przeterminowanego żarcia na śmietnik i kręciłem głową, jak dorośli ludzie mogli do takiego marnotrawstwa dopuścić. Nie pytajcie, ile tym razem wyniosłem, ale rozważałem dzwonienie po kontener.  

Źle jest marnować jedzenie. Ale kto nie wyrzucał przeterminowanego żarcia z lodówki niech pierwszy rzuci warzywem. Zepsutym, oczywiście. 

Bo co przede wszystkim robią bezdzietni i single z jedzeniem? Wyrzucają. Jestem pewien, że niejednemu z was zdarzyło się wyrzucić połowę tego, co kupiliście dwa tygodnie wcześniej na szalonych zakupach robionych pod wpływem głodu w jakimś Auchan, Lidlu itd. Czasem mam wrażenie, że mógłbym po prostu spojrzeć na swój koszyk i powiedzieć „o, to jeszcze wezmę dwa ogórki, bo one się szybko psują, to będę mógł szybko wyrzucić” – żeby przyśpieszyć wieczny życia krąg. 

I tu przychodzi nam z pomocą porządna lodówka. Bo ja, drodzy państwo, zrobiłem takie szalone zakupy dwa tygodnie temu w hipermarkecie, i co? I warzywa są nadal świeże jak po wykopaniu z działki sąsiada. Więc czuję zmiany, dorosłość i to, że będę jadł więcej warzyw. Na pizzy na przykład. 

I nie jest to niestety wpis sponsorowany, więc nie powiem wam, jak na imię mojej nowej Królowej Lodu, ale zdradzę, czym mnie najbardziej zaskoczyła na początku znajomości. Jej chromowane lico zdobi wyświetlacz LCD. Fajny, czytelny, ale jak to wyświetlacz, lubi sobie poświecić. To było jeszcze zanim nauczyłem się instrukcji obsługi na pamięć, więc jak totalny chłodziarkowy amator, denerwowałem się, że to już tak zostanie i każdej nocy mieszkanie będzie rozświetlała łuna bijąca z drzwi lodówki. Więc zacząłem nerwowo klikać po wyświetlaczu. 

Klikałem, kombinowałem, przeklinałem się w myślach za swoje kabotyństwo (przecież mogłeś wziąć taką bez wyświetlacza), i gdy już miałem zacząć zasłaniać te iluminacje jakimś fajnym plakatem ze starym Bon Jovi (o „starym Bon Jovi” kiedy indziej), natrafiłem w menu na tajemniczy ciąg znaków. Wybrałem go – i wyświetlacz zgasł. 

Zacząłem szybko wertować instrukcję, przerażony, że może niezrozumiałe symbole oznaczały „ustaw datę eksplozji”. Nie uspokoiło mnie, gdy przeczytałem, że właśnie uruchomiłem „Sabbath Mode”. Zwłaszcza, że nie zaczął mi nagle lecieć z lodówki Ozzy Osbourne. 

Doczytałem. Dokształciłem się. I już wiem. 

To po prostu tryb koszerny. 

Po prostu. W mojej lodówce. 

Więc nie chcę tu wyjść na jakiegoś oszołoma, ale wiem, o czym mówię. W czasie pandemii uprzywilejowani są ci, którzy mają lepsze lodówki. Ale kto za tym stoi?

Brak komentarzy

Zamieść komentarz