Znów ten pieprzony felieton zajął mi więcej czasu niż myślałem - Koosby

Znów ten pieprzony felieton zajął mi więcej czasu niż myślałem

Wśród różnych reakcji na moją debiutancką książkę, najbardziej wzruszyło mnie zdjęcie dziewięćdziesięciopięcioletniej pani czytającej „Paradoks kłamcy”, które dostałem od jednej z Czytelniczek. A jeszcze bardziej rozczulił mnie podpis. „Prawdopodobnie najstarsza fanka. Najbardziej podobały jej się przekleństwa”.

Zapewniła mi tym samym dwie rzeczy. Po pierwsze, kiedy moja kochana Babcia, wiosen ledwie osiemdziesiąt trzy, porzuciła lekturę mówiąc, że „jak oni tu mówią, straszne świństwa, kto to widział?”, zamiast się obrażać, pokiwałem głową w zrozumieniu – może jest jeszcze za młoda? 

A po drugie, dostałem fajną anegdotkę, od której mogłem sprytnie zacząć ten felieton o przekleństwach.

No bo – książkę napisałem na razie jedną, siedziałem nad nią długo. Są w tym kraju autorzy, którzy w tym czasie zapełnili swoimi książkami regał w bibliotece. Z naiwnością debiutanta siliłem się na jakieś wielopłaszczyznowe rozwiązania, czwarte ściany, węże dzikie, co by nie pisać zwykłego kryminału, a pierwszą reakcją, którą najczęściej słyszę, jest reakcja na przekleństwa. 

No i trudno, by się powiedziało. Gdyby nie to, że ja pisząc „Paradoks”… nie miałem wrażenia, że piszę jakoś specjalnie wulgarnie. Co więcej, jestem przeciwnikiem nadużywania przekleństw dla efektu. Balans, w balans wierzę, tak w czynie jak i w mowie. Bo kiedy czytam, zwłaszcza w kryminale, że w chwili zagrożenia życia bohaterowie bawią się w jakieś „ty draniu” czy „jeszcze cię dopadnę!” to też kręcę głową zniesmaczony. No jak tak można? To są dopiero świństwa, ludzie tak nie mówią. 

Chodzi też o taki branżowy realizm. Na przykład – w książce dużo pisałem o przedsiębiorcach. I, tu muszę zmartwić co bardziej niewinne uszka – uwaga: przedsiębiorcy brzydko mówią. Ile w biznesie jest stresu, tyle łaciny. Niejeden pozornie dobrotliwy szef w niektórych sytuacjach mógłby przegadać na bluzgi dawnego Rycha Peję.

Do dziś nie zapomnę eleganckiego lunchu z pewnym starszym, łagodnie usposobionym przedsiębiorcą, który tłumaczył nam, młodym wtedy leszczom, jak się buduje aktywną sprzedaż. Po chwili kurtuazyjnych small talków i godzinie wyłuszczania elementów strategii znad drogiej sałatki, rozłożył ręce w przepraszającym geście i powiedział: – No a jak już cała firma będzie tak ułożona, to pozostaje po prostu… no nakurwiać, no. 

Za polskimi przekleństwami zatęskniłem najmocniej, gdy na chwilę wywiało mnie do USA. Próbowałem korzystać z dóbr lokalnego narzecza, ale, jak mi kiedyś wytłumaczył pewien Teksańczyk, nic tak łatwo nie odróżnia imigranta od native speakera jak nadużywanie słowa „fuck” publicznie. To dla nich ta sama kategoria wagowa, co dla nas swojskie „kurwa”. Nie krzyczysz tego na głos w supermarkecie pełnym ludzi, kiedy przypadkiem zrzucisz na ziemię kilka pudełek płatków śniadaniowych. Chyba, że chcesz zainteresować swoją osobą ochronę. Wiem, co mówię. Byłem tam. Spadły mi płatki. 

Ktoś powie – każdy tak ma w obcym kraju. Zrzuca płatki, pomyli lokalne “kurde” z “kurwa” i się nagle rodziny z dziećmi krzywo patrzą. No niby tak, ale wydaje mi się, że lekka ręka do bluzgów to jednak cecha naszego zestresowanego narodu. Bo mało który żart o stereotypach przemawia do mnie tak, jak ten o Polaku, Angliku i Niemcu, którzy wychodzą rano na balkon hotelu w malowniczej górskiej dolinie.
– Wonderful – mówi zachwycony widokiem Anglik.
– Wunderbar – przyznaje Niemiec. 
– Kuuurwa – potwierdza Polak, przeciągając się. 

Brak komentarzy

Zamieść komentarz