O kwantowych przesyłkach i takie tam z poczty - Koosby
zolwik

O kwantowych przesyłkach i takie tam z poczty

Jeśli kiedyś będę miał syna i zapyta mnie „Tato, jak to było w Polsce kiedyś, kiedy dziadkowie byli młodzi?” to nic mu nie odpowiem, tylko zabiorę go do Muzeum PRL-u poczekam na pierwsze awizo, które się nadarzy i wyślę na pocztę. 

Otóż jak na początkującego twórcę przystało wspieram swój budżet haniebną nieartystyczną pracą. W moim przypadku oznacza to partycypowanie w biznesowych znojach niewielkiej firmy, którą lat temu naście współzakładałem. Z racji sezonu urlopowego przypadł mi zaszczyt ogarnięcia kilku dodatkowych tematów, między które wepchnęły się z łokciami dwie kochane przez przedsiębiorców instytucje – urząd skarbowy i poczta. Jedni listy piszą, drudzy listy awizują zaś tylko, aby rozbudzić ciekawość i sprytnie zwabić do swojego gniazdka różnych zabieganych frajerów. Czyli mnie na przykład. 

Już kiedy parkowałem pod budynkiem poczty, przypomniałem sobie, że nie zabrałem z biura pieczątki. A przecież wiadomo, że plastikowa pieczątka, którą każdy może sobie w dziesięć minut wyrobić, płacąc za to pięćdziesiąt złotych i wpisując tam dowolne dane z adresem Coca-Coli włącznie, to najbardziej poważany na poczcie artefakt, po którym identyfikują cię jako osobę uprawnioną od odbioru wszystkiego. Ale spoko, myślę sobie, mam dowód osobisty, jakoś ich przekonam. Zabrałem za to ze stołu w biurze jedno nadprogramowe awizo. Przeterminowane, sprzed ponad trzech tygodni, ale mi szczęście często sprzyja, więc YOLO, raz się żyje, może akurat list jeszcze czeka. 

Wchodzę do tego przybytku nieśpieszności, układam się z komitetem kolejkowym i już po kwadransie, jakby na cześć właśnie upływającego opłaconego czasu parkowania, nadchodzi moja kolej. Kładę oba awizo na blacie razem z dowodem osobistym, uprzejma pani sprawdza dane w systemie i – niestety. Pani nie może mi wydać przesyłki, bo tylko pan Kamil jest upoważniony. 

– Pan Kamil? – pytam, bo żaden Kamil u nas nie pracuje. 

– Tak, pan Kamil. Został upoważniony w styczniu – odpowiada pani i łypie na mnie nieufnie. 

– Ale ja jestem w zarządzie tej spółki, to chyba też mogę odebrać i nie potrzebuję upoważnienia?

Pani łaskawie się zgadza, że skoro w zarządzie to może i tak, ale muszę szybko na zdychającej właśnie komórce załadować jej rządową wyszukiwarkę KRS, która to potwierdzi. Wpisuję adres i dwa lata później strona ministerstwa się w końcu ładuje. W międzyczasie zdążyłem się ożenić i rozwieść, a pani z okienka rozwiązać tuzin Panoramicznych. Ale jest. Oczywiście strona się nie pomniejszy do rozmiarów ekranu komórki. Bo nie. Bo w Polsce AD 2020 jedna z najczęściej odwiedzanych stron rządowych musi pozostać symbolem postawy „nie państwo ma się dopasować do przedsiębiorcy, ale przedsiębiorca do państwa”. Więc wodzimy sobie wspólnie z panią po ekranie dotykowym mojego telefonu, nawigując do tego rogu, w którym widać moje nazwisko. Robi się romantycznie, po dłuższej chwili dobijamy w końcu do szczęśliwego portu z nazwiskami członków zarządu. 

– Pan Michał? – pyta jeszcze sprawdzająco pani z okienka. Słusznie, ostrożności nigdy za wiele, mówimy w końcu o dostępie do przesyłki wagi państwowej. Nic to, że mój dowód ze zdjęciem i imieniem „Michał” trzymała już w ręku od pięciu minut, a na stronie KRS w zarządzie wpisane są raptem dwie osoby i obie mają na imię Michał. 

– Tak, Michał – potwierdzam. No bo przecież nie Kamil. 

Pani znika na zapleczu w poszukiwaniu Zaginionej Arki i naszej przesyłki, ku mojej radości nie wspomina nic o tym, że po trzech tygodniach to ja sobie mogę, ale na pewno nie na Poczcie. A ja uruchamiam swój detektywistyczny umysł i zaczynam się zastanawiać, z jakim to Kamilem knuje mój wspólnik i dlaczego ze wszystkich sposobów, na jakie mogli mnie wydymać, wybrali akurat odbieranie przesyłek pocztowych. 

Moją manię prześladowczą zakłóca powrót pani, która w dłoni zwycięsko dzierży opieczętowaną na sto sposobów kopertę. Drżącymi palcami wydobywam ze środka poważnie wyglądający dokument, aby dowiedzieć się, że – ufff, Urząd Skarbowy pomylił się na naszą korzyść. Niestety tylko na 19 złotych, w Eurobiznesie jak dostawałem takie info, to przynajmniej ze dwa domki w Atenach mogłem za to kupić, no ale to jest Polska, cieszmy się tym co mamy.  

Żegnamy się z panią z poczty, z poczuciem, że spędziliśmy przy odbiorze tego awizo wiele świetnych chwil, ale życie idzie do przodu i nie ma co tkwić w tej przechodzonej relacji na siłę. Jedna tylko kwestia nie daje mi spokoju, a skoro rozstajemy się właśnie, to przecież możemy pozwolić sobie na chwilę szczerości. Zwłaszcza, że z tych emocji mnie oświeciło.

– A z tym Kamilem jeszcze. Może chodzi o panią Kamilę?

Przez twarz pani z okienka przelatuje cień wątpliwości i widzę, że trafiłem. 

– Pan… Kamil – mamrocze jeszcze cicho, ale sprawdza w systemie. – No przecież jest. „Upoważnienie dla:”… „Kamila”…

I tu się włączam i podaję nazwisko przesympatycznej Kamili, która nie dość, że u nas pracuje, to jeszcze się deklinuje, a przynajmniej powinna.

– A, no tak. Czyli to jest „Kamila”.

Kiwam w milczeniu głową, po czym odwracam się i wychodzę. Nie pozostało już nic do dodania. 

Ktoś może teraz pomyśleć, no fajnie chłopie, po co tyle wyzłośliwiania się, uprawniliście panią Kamilę do odbioru przesyłek, to trzeba było pozwolić to odebrać pani Kamili, a nie się tu uzewnętrzniać. Ale to nie jest takie proste. 

Parę godzin później chwalę się wspólnikowi tym wielkim biznesowym osiągnięciem i nagle widzę, jak na twarzy tego spokojnego zawsze człowieka pojawiają się wszystkie kolory tęczy i słyszę jak miota kilka nieprzystojnych określeń na temat pomysłu organizowania wyborów za pomocą polskiej poczty. Okazuje się bowiem, że pani Kamila zdążyła już złożyć dwie godziny swojego młodego życia na ołtarzu polskiej pocztowości, aby tę przesyłkę odebrać kilka dni temu. Niestety – na tej samej poczcie powiedziano jej, że przesyłki już nie ma. Widocznie to taka kwantowa, Schroedingerowska przesyłka, raz jest, raz jej nie ma. Zależy, kto pyta. I zależy, czy Kamil.

No i tak sam zacząłem myśleć o tych wyborach, co miały być korespondencyjne, a teraz są nie wiadomo jakie, oprócz tego, że (subiektywny wtręt o polityce) nie ma na kogo głosować (koniec wtrętu o polityce). I tak jak te dwa miesiące temu byłem zdecydowanym zwolennikiem przeprowadzania ich w terminie, nawet korespondencyjnie, bo uważam, że jeśli nauczymy jakąkolwiek władzę, że wybory można przesuwać, to zaraz zaczną nam je odwoływać pod byle pretekstem, tak teraz myślę sobie, że faktycznie wybory za pośrednictwem Poczty Polskiej to mógłby być zbyt gruby wał. Nie wiem, kto by wygrał, ale myślę, że Zygmunt II August miałby duże szanse. Podobno to on zakładał Pocztę Polską. Fakt, prawie pięćset lat temu, ale może w tym zamieszaniu ktoś nie zauważył, że szefostwo się zmieniło. 

PS
Zdjęcie żółwia mniej ze złośliwości, bardziej z miłości do żółwi – każda okazja dobra na żółwika 😉

Brak komentarzy

Zamieść komentarz